Jest piątek (sobota, wtorek, środa, czwartek) około godz.24.00. Do krakowskich, najbardziej lanserskich klubów zaczynają ustawiać się kolejki. Kilka topowych ulic krakowskiego Rynku, a na nich kluby serwujące muzyczne drinki. Jaskinie zabawy, mocnych rytmów i nieokiełznanego międzynarodowego szaleństwa. Kolejki nie są długie. Zwykle celowo robiony sztuczny tłum ma przekonywać ludzi, że właśnie tutaj dzieje się coś ciekawego. Przy wejściu niemal do każdego klubu ochrona, czerwony sznur rozciągnięty pomiędzy złotymi słupkami, a za sznurem selekcjoner – osoba, która decyduje czy dzisiaj wejdziesz gratis, czy zapłacisz, albo czy w ogóle będzie wolno ci wejść.
Kamienna twarz, zimny wzrok i wyczesany fryz ma przekonywać, że nie da się go przekonać.

k9
Często, żeby wejść do klubu gratis musisz mieć „zaproszenie” czyli karteczkę, którą można dostać od „promotorów” chodzących ulicami krakowskiego Rynku i zapraszających na imprezy.
Do klubu nie może wejść byle kto. Wymagane koszule u facetów i „odpowiedni strój” u kobiet – cokolwiek to znaczy.
Stajemy do kolejki. Przed nami dziewczyny, wyglądające na wczesne licealistki. Raczej w wieku nie kwalifikującym się do wejścia. Żeby dostać się do środka, trzeba mieć ukończone 21 lat. Kręcą się nerwowo, jakby wiedziały, że wszystko zleży od humoru selekcji. Za nimi czterech mężczyzn. Ci dla odmiany znacznie przewyższają wiekiem średnią imprezową, jednak klub nie ma górnej granicy odpowiedniej ilości lat. Czasami wydaje się jakby podstawowym kryterium była grubość portfela i „nadziany” wygląd. Tłum zaczyna przybierać na sile.

W końcu dziewczyny podchodzą do sznura. Tym razem…

Czytaj więcej…