Jest luty. Zimno jak diabli. Ni to zima, ni to wiosna…a na pewno nie jesień. Śniegu brak – ale pomimo to jednak zimno.
I nagle mega gorąca wiadomość miesiąca: Łowcy Trendów jadą do Francji, a ściślej – do Nicei!
Na zaproszenie jednej z międzynarodowych firm Łowcy Trendów polecieli na Lazurowe Wybrzeże testować hotel, podziwiać piękne nadmorskie widoki i odwiedzać różne ciekawe miejsca 🙂 Czyż praca trendsettera nie jest piękna…?

nicea lot ptaka

Chmury…z każdej strony wyglądają tak samo… 🙂 Ale jak już znikną, można poczuć się jak w google earth 🙂
Po niezbyt długiej, podniebnej podróży i podziwianiu świata z lotu rakiety wylądowaliśmy wprost pod palmami… szarobury krakowski poranek zamienił się w przepiękny widok daktylowców na Lazurowym Wybrzeżu.
Miiiło…. 🙂 Po kilku sekundach podbiegł taksówkarz szarmancko otwierając mi drzwi do ekskluzywnego samochodu. Reszta ekipy musiała sobie radzić sama 🙂 Do tej pory nie wiem dlaczego zostałam wyróżniona, ale to pewnie przez kolor włosów 🙂

westend5

Podążając Promenade de Anglais, nadmorską ulicą Nicei, zdejmując w międzyczasie ciepłe kurtki, podziwialiśmy wielkie hotele unoszące się tuż nad absolutnie błękitnym morzem.
Chwilę potem ostatnie zdanie taksówkarza zatrzymującego się pod West-End Hotel**** : wytrąciło nas nieco z zachwytu – 40 euro s’il vous plaît 🙂 Hm… biorąc pod uwagę odległość, nieco ponad 6 km, od lotniska do celu naszej podróży, cena mogła zastanawiać…może tyle kosztuje tam „otwarcie drzwi..?”  Jednak nie wnikając w szczegóły, zabraliśmy bagaże i ruszyliśmy w stronę wejścia do Hotelu.

n1

Niezwykle miła obsługa ze szczerymi, szerokimi uśmiechami powitała nas przy wejściu melodyjnym: BONŻUR 🙂
Chociaż „bonżur” nie wymaga jakiś specjalnych umiejętnosci lingwistycznych ucieszyliśmy się, gdy jedna z pań okazała się mówić w języku angielskim 🙂
Majestatyczny hotel z bajkowo podświetlanymi balkonami okazał się przestronny i bardzo elegancki. Pomimo, że widać było po nim upływający czas, starano się utrzymać prestiżowy styl i wyjątkowość. Zadbane wnętrza i doskonała czystość, to to co dało się odczuć na pierwszy rzut oka. Apartamenty i pokoje dostosowane do potrzeb gości. Duże i przestronne łazienki, oddzielne ubikacje i wszechobecny porządek. A na śniadanie wszystko – do wyboru: w stylu angielskim, francuskim czy polskim. Nawet obsługa restauracji była polskojęzyczna 🙂 Osobna restauracja hotelowa dostępna była także dla gości z zewnątrz. Eleganckie sale konferencyjne zapełnione były niemal codziennie gośćmi z całego świata.


Widok z okna nie przypominał nijak widoku z rodzimego balkonu 🙂 Błękitne morze, wysokie palmy (obwieszone światełkami choinkowymi) i zastanawiające rzędy krzeseł ustawionych przy plaży w stronę ulicy… trybuny nieco psuły to ogólne wrażenie, jednak chwilę potem dowiedzieliśmy się dlaczego wyrastają one akurat przed naszymi oknami.

SONY DSC

Koniec lutego jest w Nicei czasem parad karnawałowych 🙂 Idealnie trafiliśmy na niemal codzienne, mega atrakcyjne przemarsze wielkich na 6 metrów, ruszających się manekinów. Ogromne platformy kierowane przez profesjonalistów poruszały się powoli nadmorską promenadą. Rytmiczna muzyka i wszechobecna radość, taniec i zdziwienie… Z każdą chwilą pojawiały się coraz dziwniejsze zestawienia: trochę przerażające twarze wielgachnych lalek, przedstawiających postaci z bajek o słodyczach 🙂
Udało nam się przetrwać kilka godzin nagrywając krótkie filmiki i robiąc zdjęcia 🙂

icon_film

wiecejinspiracji

f3

f4

f5

f6

f7


Po odespaniu karnawałowych atrakcji ruszyliśmy na wycieczkę do Monaco, którą odbyliśmy inaczej niż w dotychczas, czyli nie samochodem, a pociągiem, co dało pełny i prawdziwy obraz Côte d’Azur. W pociągu ludzie spieszący się do pracy i szkół,
młodzież, matki z dziećmi, a na drodze biznesmeni w mercedesach i żebracy na przystankach.
Przejazd pod domami, bardzo wąskimi tunelami, krótkie przystanki i jesteśmy. Monaco – wydawałoby się – fantastyczne miejsce, jakoś nie powalało przepychem, ani bogactwem. Przynajmniej tym widocznym na zewnątrz… może to przez pogodę, ale wydawało się, jakby czas zatrzymał się tutaj na początku lat 90-tych. Apartamenty i hotele piętrzyły się nad naszymi głowami, gdzieniegdzie błyszczał nowiutki drapacz chmur. Aby więc poczuć smak przepychu ruszyliśmy w stronę portu. Jachty, duże i te mniejsze, jedne piękne i majestatyczne, inne skromniejsze… ale i tak warte miliony euro… 🙂 Wybieraliśmy modele na przyszłe zakupy 🙂

m1

m3

m5

m6

mon7

po3

W końcu ruszyliśmy w stronę sławnego kasyna Monte Carlo. Żeby dostać się w górę trzeba było odnaleźć schody, lub łatwiej: windę. Windy prowadzące na piętra tego małego księstwa były jedną z bardziej zaskakujących  możliwości przemieszczania się, oprócz oczywiście setek schodów. Z powodów zrozumiałych, woleliśmy schodzić po schodach, a wyjeżdżać windą. Krótkie uliczki usiane butikami sławnych projektantów mody, biżuteryjne wystawy i mega drogie zabawki … ale jedno bardzo rzucało się w oczy: każdy z tych bardzo bogatych kierowców, którzy powozili bentleyami, czy rolls roysami zawsze, ale to zawsze zatrzymywali się widząc jak ktoś podchodził chociażby do krawężnika z zamiarem przejścia na druga stronę ulicy.
mon2


Fantastyczne Casino Monte Carlo pyszniło się na środku placu obsadzonego śródziemnomorską roślinnością – pomimo baaardzo wczesnej wiosny kwitło tam mnóstwo kwiatów. Oczywiście ważnym punktem programu było podziwianie rumaków niespotykanych u nas na co dzień. Najnowsze mercedesy wydawały się tam jednymi z gorszych marek samochodowych. Bentley, aston martin, rolls roys a nawet masserati – było na co popatrzeć… Kobiet niestety nie było zbyt wielu, a jeżeli już to ubrane w puchowe kurtki 🙂 Tak na marginesie: Gdyby wiedzieli jak wygląda prawdziwa zima… Zresztą poziom odczuwania zimna i style ubrania były tam tak różne, że ktoś z zewnątrz nie mógłby określić jasno, jaka jest pora roku: niektórzy otulali się szalami i wkładali puchowe kurtki, inni paradowali z krótkich spodenkach i koszulkach 🙂


Casino Monte Carlo. Oczywiście z dziką rozkoszą weszliśmy do środka i po przedstawieniu dokumentów mogliśmy oddać się przyjemności zagrania w różnorodne gry… wybraliśmy ruletkę. Kilka trafień…małe wygrane. Zagraliśmy o większą stawkę i udało się – 100% do przodu! 🙂 Żeby jednak nie przesadzić i nie dać się zwariować wyszliśmy z kasyna dumnym krokiem z niezłą sumką w rękach … 🙂 i poszliśmy na pizzę … 🙂

pizza

 

Ponieważ Francuzi uwielbiają naleśniki, robią z nich nawet pizze… nie powalały wielkością, więc w sumie można było ich zjeść co najmniej 4 😉

c6

Ostatnim naszym przystankiem w tej części Francji było Cann. Miejsce  osławione festiwalami filmowymi i aleją gwiazd. Piękna nadmorska promenada i dużo butików, najlepszych i najdroższych projektantów.

c1

Po drodze spróbowaliśmy miejscowych „crêpes”  czyli naleśników – Francuzi uwielbiają naleśniki. Jędza je ze wszystkimi zjadalnymi dodatkami.

c2

Odcisnęliśmy też wirtualnie nasze dłonie, obok znanych osobistości…

c4 c5

c3

i po spacerze po Cann, które nie zrobiło na nas jakiegoś większego wrażenia wróciliśmy do hotelu.

W kolejny dzień, piękny i słoneczny zwiedzaliśmy plażę 🙂

plaza1

Oczywiście wszystko co dobre szybko się kończy, więc te kilka dni minęło jak jedna chwila… Chętnie wrócilibyśmy tam do miejsc których nie zdążyliśmy zobaczyć – takich jak np. Èze… Ale o tym napiszemy następnym razem 🙂

Oczywiście polecamy Hotel West-End, który ugościł nas iście po królewsku i pozwolił odpoczywać po licznych wycieczkach, za co jeszcze raz dziękujemy!

 

 

logo